Diament Podkarpacia

Długi sierpniowy weekend to świetna okazja na krótki wypoczynek. Zawsze staram się wykorzystać takie możliwość by pojechać w nowe miejsca, nie oddalone od Warszawy za bardzo – tak do 5 godzin spokojnej drogi z małym postojem – w przypadku mojej rodziny postój na „wybieganie latorośli” to absolutna konieczność.

Morze za daleko, Góry za daleko, zresztą znalezienie miejsca w fajnym hotelu, czy domku z wyjątkowym widokiem bez planowania tego na kilka miesięcy wstecz okazało się w tym roku niemożliwe. Planowanie też okazało się niemożliwe… Zaczęliśmy więc szukać na mapie białych plam – miejsc, w których nigdy nie byliśmy całą rodziną. Jako rodzice nauczyliśmy się już, że wypad w najciekawsze miejsce na świecie może być udręką, a wyjazd z dobrym nastawieniem – jest zawsze udany – nieważne gdzie. Stąd pomysł na odkrywanie miejsc, których nie znamy, o których się nie mówi, które są tajemnicą do odkrycia.

Samo miasto ma piękną odnowioną starówkę oraz kilka ciekawych obiektów – dla lubiących zwiedzać, jest podziemna trasa turystyczna czy multimedialne fontanny. Okolice Rzeszowa też przygotowały się na turystów, do zwiedzenia piękne organy, stare osady, ale można też zobaczyć wspaniałe pokazy rzeszowskiego aeroklubu – trzeba to tylko zaplanować wcześniej. Wszystko jest pięknie opisane w Internecie.

Ale mój artykuł nie będzie o Rzeszowie. Bo choć z przyjemnością zwiedzaliśmy miasto i okolice – tak naprawdę 80% czasu spędziliśmy właśnie w hotelu Blue DIAMOND. Czemu? Z kilku powodów, które pozwoliłam sobie poniżej opisać.

Hotel powstał z myślą o branży szkoleniowej, jest świetnym miejscem wypadów treningowych, konferencji czy wesel i został profesjonalnie przygotowany na takie okazje. Ale pomyślano też o nas rodzicach i o naszych pociechach.

Pokoje w Blue Diamond są na najwyższym poziomie. Wyposażone w niezawodny i szybki Internet są przestronne, nowocześnie urządzone z dbałością o szczegóły. W moim pokoju premium są wszystkie udogodnienia – kącik kawowy, kącik telewizyjny – niezależny od łóżka, miejsce na walizkę, z którą zawsze się męczę, bo zajmuje połowę pokoju – a tu taka niespodzianka – schowana i jej nie widać 🙂

No i to co mnie kupiło. Uwaga mamy, którym chodzenie w pogiętych po podróży ciuchach odbiera poczucie luksusu. Tylko na moim korytarzu są dwie deski do prasowania i dwa żelazka – mogę po prostu wyjść z pokoju, wziąć to, wyprasować co trzeba i odłożyć na miejsce. Nie muszę dzwonić do obsługi, nie muszę czekać aż przyniosą. Tego jeszcze nie widziałam! Dziękuję za to tym, którzy o tym pomyśleli.

Ok, hotel to nie tylko pokój. Co dalej? Zacznijmy od dzieci. Dzieci są najważniejsze. Poza tym nie oszukujmy się – zagospodarowanie ich czasu – to nasz czas… Na dzieci w hotelu czekają: sala kinowa, w której o 19stej jest puszczany film – wczoraj leciał „Misiek w Nowym Jorku”, zobaczymy co dziś będzie J, do tego mała sala zabaw przy recepcji, a dla tych dzieci, które uważają, że już dziećmi nie są, jest kącik z konsolą, są też gry – można zaszaleć… Na zewnątrz jest dobrze wyposażony plac zabaw na którym odbywają się codzienne animacje – zgodnie z programem. Dzieciaki pod okiem animatorki grają w gry, bawią się – można spokojnie poczytać książkę na trawniku obok, lub zrelaksować się na leżaku. Są też dmuchańce – dla tych co muszą się „wyskakać, wyszaleć itd.” Żeby potem spać i dać spać innym.

No i jest basen z brodzikiem. Sam basen nie jest zbyt głęboki –nadaje się świetnie do nauki pływania dla dzieciaków. Oczywiście to świetna zabawa dla dzieci – ale tutaj też już muszę się skupić na nas – rodzicach. Otóż przy basenie jest strefa relaksu: 2 sauny suche, dwie parowe, basen lodowy, tepidarium itd. To początek. Salon odnowy i masażu – ze świetnie dobraną ofertą. Każdy tutaj znajdzie coś dla siebie. Polecam cytrusowy peeling – osobiście właśnie jemu nie mogłam się oprzeć. Są też wszelkie zabiegi kosmetyczne, fryzjerstwo – słowem pełen pakiet usług salonu piękności i odnowy w jednym.

Sam basen też kryje niespodziankę. Otóż jest w nim jedyny w Polsce (ponoć, nie sprawdzałam czy jedyny) bar basenowy. Jak w Egipcie czy na Krecie…

Teraz coś dla twardzieli – siłownia. Wiele hoteli ma na stronie napisane, że jest siłownia – a to brednie. Jest tam kilka rowerków, może kilka hantli, maszyny może i są nowe i nie używane – ale to głównie dlatego – że nikt ich nie używa, bo na takiej siłowni nikt normalny nie ćwiczy – nie ma bowiem jak. A tutaj proszę bardzo: siłownia w Blue Diamond jest w pełni wyposażoną siłownią. Ciężary gwarantują wycisk na każde zapotrzebowanie, oczywiście są ogumowane, przygotowane do przeróżnych ćwiczeń na wszelkie partie mięśniowe – można tutaj naprawdę dać czadu w profesjonalny sposób. To miła odmiana. Mój mąż ćwiczy regularnie i zazwyczaj wyjazdy na kilka dni są dla niego przerwą w ćwiczeniu, co potem musi nadrabiać – no cóż, wszyscy to odczuwamy… A tutaj nie dość, że poćwiczył zgodnie ze swoim planem, to jeszcze ja poćwiczyłam. Bo uwaga drogie Panie i Panowie – można tutaj skorzystać z treningu z trenerem personalnym – co polecam, jeśli naprawdę chcecie osiągnąć jakieś efekty, a nie po prostu czuć się lepiej dzięki temu, że spędziliście 30 minut na siłowni.

No i teraz najważniejsze. To czym mnie hotel kupił. Czym spowodował, że wrócę tu na pewno, a wszystkim moim przyjaciołom z przyjemnością polecę to miejsce.

KUCHNIA! Jeśli pizza i schabowy to coś bez czego nie umiecie żyć to tu możecie skończyć czytanie – nie dogadamy się bowiem i nie docenicie tego co zaraz opiszę. Jeśli jednak podróże kulinarne, odkrywanie smaków i prawdziwa radość, którą czasem uda mi się przeżyć w trakcie udanego posiłku – nas łączą – zapraszam do Blue Diamond.

Szef kuchni – Michał Kuduk – musi być wyjątkowym człowiekiem. Jego potrawy to połączenie najwyższej półki smaków z prostotą – stąd może nazwa restauracji – SIMPLE. Dania nie są przekombinowane, nie jest to kuchnia, którą potrafiłby docenić tylko krytyk z prawdziwego zdarzenia – zdarzyło mi się jadać za niebotyczne sumy i to wcale nie było niebo w gębie, tylko coś dziwnego – musi być dziwne, żeby się o tym pisało i chciało zapłacić, tak? Tutaj jest inna filozofia. Bliższa mojej. Szczerze powiedziawszy – burak, który nie ma nic z buraka, czy danie wielkości kluczyków do samochodu nie robią na mnie wrażenia… to co dostaliśmy tutaj było po prostu tym co zamówiliśmy. Ale było cudownie pachnące, przepięknie wyglądające i wspaniale smakowało. Tak powinna wyglądać każda moja wizyta w restauracji. Nie omieszkam też dodać, że obsługująca nas kelnerka znała kartę, próbowała dań i potrafiła doradzić – o tym też warto wspomnieć.

No i co takiego jedliśmy? No cóż, poniżej kilka zdjęć, musicie sami spróbować… może w XXII wieku będzie technologia pozwalająca czuć smaki w trakcie czytania artykułu o nich… Na mnie zdecydowanie największe wrażenie zrobiła zupa indonezyjska – nie jestem fanem zup, ale gdybym miała wymienić 5 najlepszych rzeczy, które jadłam – ta zupa byłaby jedną z nich. Była ostra, ale nie za ostra, była słodka, była kwaskowata. Sycąca, ale delikatna. Nie mogłam przestać jeść.

Jest jeszcze jedna rzecz w tym hotelu, która go odróżnia od innych. Każda część, strefa czy miejsce zostały przygotowane z pomysłem i zamysłem. Niestety często jest tak, że po to, żeby dostać kolejną gwiazdkę, czy napisać na stronie, że jest basen, siłownia, czy strefa spa – jest przygotowywane miejsce tylko po to, by poszerzać ofertę. Kosmetyczna przyjeżdża raz w miesiącu do hotelowego spa – bo z tego nikt tam nie korzysta a basen jest miniaturowy i zawsze pełen gości – nie można się w nim poruszać… Nikt się nie zastanawia natomiast czy to będzie dobrze zorganizowane, czy po prostu będzie odpowiedzią na zapotrzebowanie. Tutaj faktycznie widać, że to wszystko zostało profesjonalnie zaplanowane. Gratuluję właścicielom i kadrze. Naprawdę dobra robota.

No nic, kończę kawę na tarasie widokowym błękitnego diamentu i kończę artykuł.

Będzie mi brakowało tego miejsca.  i zupy indonezyjskiej…