Rodzinne Tatry w Reymontówce

Od jakiegoś czasu zbierałam się do wyjazdu w góry. Brakuje mi na co dzień tych niesamowitych, zapierających dech w piersiach widoków. Z jednej strony czuję się mała i nic nie znacząca na tle tak wielkich i tak wiekowych pomników przyrody, z drugiej czuję, że tu jest moje miejsce, odzyskuję spokój ducha i siły witalne. Uwielbiam góry.

Tak więc przy nadarzającej się okazji skorzystałam – spakowaliśmy się i jedziemy w Tatry. Moja 7 letnia córka w trakcie drogi usłyszała całą masę anegdotek z naszych dawnych i mniej dawnych wypadów w polskie góry. I tak, rozmawiając sobie o tym co chcemy zobaczyć, minęła nam trasa.

Wybraliśmy dobry termin, bo długi weekend czerwcowy, ale pojechaliśmy dzień przed nim i wracamy w jego połowie, więc korki nam nie straszne.

Jak się okazało udało nam się też ominąć największe nasilenie turystów na szlakach – także termin zdecydowanie trafiony. Nie da się nie wspomnieć, że Tatry są pełne ludzi właściwie cały czas, a w sezonie spacer po Krupówkach czy na Morskie Oko przypomina pielgrzymkę, a nie wycieczkę górską.

Już w drodze do Kościeliska, gdzie wynajęliśmy pokój, spontanicznie zmieniliśmy plany – głodni, nie widząc na trasie niczego ciekawego, a będąc 30 km przed Krakowem – zdecydowaliśmy się na szybki obiad na rynku. Z tą szybkością się nie udało, ale i pogoda i samo menu nas rozpieściło, także najedzeni i pełni nowej energii ruszyliśmy w dalszą trasę. GPS bez problemu odnalazł nasz cel: Pensjonat Reymontówka, więc dotarliśmy bez przygód i sprawnie, a na miejscu już na nas czekano – przybywanie przed długim weekendem ma sporo zalet – nie tylko omija się korki, ale też obsługa Cię wyczekuje i od razu wie, kto przyjechał – wiadomo, cała reszta gości miała przyjechać dopiero jutro.

Budynek okazały, na końcu malutkiej uliczki, w cichym, spokojnym miejscu, z pięknymi widokami. Obsługa miła i profesjonalna i pierwsze zaskoczenie. Był z nami nasz 16letni bratanek, a ponieważ był wolny pokój obok naszego pokoju rodzinnego, w którym mieliśmy razem mieszkać, od razu nam go zaproponowano. Oczywiście bez dodatkowych kosztów, co mnie zwaliło z nóg.

Pensjonat mieści się w pięknym, klimatycznym, stylowym górskim budynku, ma cztery piętra, więc i trochę schodów, jest murowany, ale z wieloma drewnianymi elementami, co robi wspaniałe wrażenie i pięknie pachnie.  Pensjonat ma 3 gwiazdki, więc nie ma co szukać w nim salonu SPA, basenu i skórzanych kanap – ale!!! ale tuż przy placu zabaw jest drewniana chatka, zwana SzPAłasem 😉 Jest w niej pomieszczenie z sauną infrared oraz jacuzzi. Obydwie atrakcje są do dyspozycji gości bezpłatnie w godzinach 9-19. Na życzenie gości można zamówić masaż w pokoju. Dodatkowo pensjonat zachwycił jednym szczegółem w naszym pokoju – OKNEM (dostaliśmy pokój 41, który serdecznie polecam).

Wielkie okno dachowe, poziome, wychodzące na Giewont, zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Nie tylko dlatego, że po prostu było większe niż zwykłe okna. Widok w ramie tego okna tworzy wrażenie telewizji 3d w najlepszej rozdzielczości. Staliśmy tak chwilę i podziwialiśmy widoki.

Przyjechaliśmy po 19stej, więc nie liczyliśmy na posiłek (które są właśnie do 19stej wydawane) – ale jednak zostawiono dla nas obiadokolację – pyszne de volaille, co akurat jest jedną z moich ulubionych potraw. Był naprawdę pyszny. Nie ukrywam, że trochę żałowałam, że tak się najadłam w Krakowie, ale cóż, kto mógł przypuszczać, że nas tu ugoszczą? Ogólnie kuchnia w Reymontówce jest kuchnią polską, wszystko jest dobrze dosmaczone, bazuje na polskich składnikach, na śniadania deski serów, wędlin i warzywa, do tego płatki śniadaniowe, jogurty i zawsze coś na ciepło. Obiady porządne – ale uwaga, jeśli ktoś liczy kalorie, to powodzenia! Natomiast na życzenie gościa kuchnia może przygotować posiłki bezglutenowe. Obsługa jest również elastyczna na specjalistyczne diety (wegetariańskie, bezmleczne, czy wynikające z przekonań religijnych i uwarunkowań kulturowych) – trzeba je jednak wcześniej zgłosić.

Po posiłku ogarnęliśmy się trochę w pokojach, a na koniec padliśmy na nasze łóżka zmęczeni po wyczerpującej partii szachów.

Kilka słów o pokojach – jest to typowy standard górski, wszystko z litego drewna, porządnie wykonane, piękne okna jak już wspomniałam, cudowne widoki. Nasze łóżko niestety skrzypiało – jest to wynik tego, że drewno ociera o drewno, ale wydaje mi się że jest to problem do rozwiązania. Wszystko jest czyste i zadbane, mimo, że pensjonat liczy sobie 10 lat – wszystko wygląda na nowe. Całość jest bardzo funkcjonalnie urządzona, nasz pokój rodzinny miał drzwi do oddzielnej sypialni, co dawało nam prywatność, jak dzieciaki grały w gry. Łazienka była mała i przytulna, ale spokojnie mieściliśmy się z rzeczami, prysznicem i wspólnym z dzieckiem myciem zębów. W pokoju jest lodówka, w łazience suszarka, ręczniki, mydło, są też lampki nocne – dające dobre światło do czytania i duże szafy, w którym bez problemu zmieściliśmy nasze rzeczy oraz odpowiednia ilość wieszaków.  Jest też telewizor – ale nie włączaliśmy, nie było kiedy! W standardzie mamy czajniczek, filiżanki oraz łyżeczki, wodę w lodówce, kilka herbatek i cukier. Słowem wszystko co jest potrzebne by mieć dobrą stację między wędrówkami. Ale to nie wszystko o samym pensjonacie i udogodnieniach dla gości.

W pensjonacie można wypożyczyć bezpłatnie: łóżeczka dziecięce z materacykiem i pościelą antyalergiczną, wanienki, nocniki, podesty łazienkowe, wysokie krzesełka w restauracji i do pokoi, podgrzewacz do butelek, plastikowe naczynia i sztućce, śliniaki, nianie elektroniczne, lampki nocne, nawilżacze powietrza, nosidełka, wózki, 2 rowery.

W pensjonacie można również bezpłatnie korzystać z pralki. Do pokoi wypożyczane są również żelazka i deski do prasowania.

W recepcji można wypożyczyć książeczki i gry planszowe.

Na zewnątrz jest plac zabaw (w środku na dole pensjonatu również) miejsce na ognisko i ogólnie dobra infrastruktura na takie klimatyczne wieczory przy ogniu.

Następnego dnia (mimo, że miało padać ) pogoda była super, nie za gorąco, co na wyczerpujące piesze wycieczki jest jak znalazł.

Warto też dodać, że właściciele Reymontówki wyszli nam, piechurom naprzeciw. Mianowicie na stołówce są pudełeczka do zapakowania drugiego śniadania. Za drobną opłatą można sobie zapakować kanapeczkę, jabłko i jogurcik w góry, oraz zrobić herbatę do termosu. Zawsze mnie denerwuje w hotelach fakt, że tyle jedzenia się marnuje, stoi przede mną, wiem, że będę głodna w połowie wędrówki, a ja nie mogę z tego sobie zrobić kanapki na później, tylko muszę kupować jakieś niezdrowe przekąski, czy hot dogi, zanim wrócę do hotelu na kolejny posiłek. Nie znoszę przekąsek nieprzemyślanych, a też nie lubię wynosić po kryjomu w konspiracji bułek. A tutaj proszę – ktoś pomyślał jak to zrobić, żebym ja nie była głodna, nie czuła się nieswojo i zjadła pyszną kanapkę na brzegu Morskiego Oka. Da się? Drodzy managerowie hoteli – weźcie przykład z Reymontówki.

Pierwszego dnia udało nam się i wjechać na Gubałówkę i przejść się po Krupówkach i jeszcze dojść doliną do Polany Chochołowskiej – co było o tyle istotne, że to jedyne miejsce w które mogliśmy iść z psem. Niestety Tatrzański Park Narodowy nie jest prowadzony przez miłośników psów, także mieliśmy z tym trochę kombinowania. Na szczęście w naszym pensjonacie pies nie stanowił problemu, są tu bowiem dwa pokoje, w których można mieszkać z psami. Jest to ważne, bo ze względu na ewentualnych alergików – w innych pokojach nie ma takiej możliwości.

Nieraz już musiałam mojego psiaka zostawiać po rodzinie, żeby wyjechać gdzieś na kilka dni i nie znoszę tego robić!

Po kilku godzinach chodzenia z przyjemnością zasiedliśmy do kolacji, a nasze dzieci oddaliśmy animatorom, którzy tego wieczora zrobili domówkę  w amerykańskim stylu i przygotowali seans filmowy dla dzieci z popcornem oczywiście. Pensjonat jest bowiem rodzinnym miejscem i codziennie jest w programie coś super dla dzieciaków.

Trzeba zaznaczyć, że Remontówka jest świetnie położona. Z jednej strony na końcu małej i cichej uliczki, ale z drugiej zaraz przy kilku sklepach, cukierni (dystans na piechotę – 1-5 minut), niedaleko są karczmy, pizzeria i restauracje, a poza tym jest ona 5 minut drogi samochodem od Gubałówki, a co za tym idzie od centrum Zakopanego, oraz 5 minut drogi w drugą stronę od Doliny Kościeliskiej i Chochołowskiej, term w Chochołowie i wielu innych atrakcji.

Kolejny dzień – to było to na co czekaliśmy. Tyle razy byłam w Zakopanem i okolicach i nigdy  zobaczyłam Morskiego Oka – dziś był ten dzień. Niestety bez psa – ale też nie było kłopotu, żeby go na kilka godzin zostawić w pokoju. Spacer był wspaniały, wszyscy mamy spalone nosy, bo słońce nas rozpieszczało. Widoki – och, co tu pisać, przyjechać musicie i zobaczyć, jak nie widzieliście.

I choć naprawdę się ucieszyłam siadając w samochodzie – bo nóg nie czułam już zupełnie – to długo nie zapomnę tego spaceru. W pensjonacie Reymontówka tego dnia było ognicho, robienie wianków dla dzieciaków i degustacja pysznych piw dla starszyzny. Także po małym chilloucie kolejny spacer – psu też się coś od życia należy przecież.

Chodzenie z psem po chodnikach nie jest moją pasją, więc wsiedliśmy w samochód i szukamy miejsca, gdzie by tu się przejść z psem i dać mu pohasać. Przez chwilę już myślałam, że nie ma takiej możliwości – wszędzie albo zakaz wprowadzania psów, albo w ogóle zakaz wchodzenia. Ale w sumie jazda trwała 4 minuty – i już znaleźliśmy parking przy trasie, po której można spacerować z psem. I znowu: piękne łąki, wspaniałe widoki, śpiew ptaków, mnóstwo dzięciołów.

Nie chce się wyjeżdżać. A trzeba. No cóż, na pewno jeszcze odwiedzimy Reymontówkę i Tatry nie raz!

Kilka zdjęć na stronie: http://reymontowka.pl/